Wina Muska?

Wysłanie w kosmos rakiety Falcon Heavy niemal 2 tygodnie temu było świetną okazją dla rozwoju… internetowych flejmów, w których przyznam szczerze, choć bez satysfakcji, sam uczestniczyłem. Elon Musk (EM) jest najwyraźniej taką osobą, obok której nie da się przejść obojętnie. Dyskusje na jego temat z Bartkiem Baryła i Olą Welchar ukazały mi jednak, że Musk stanowi świetny przykład dla analiz współczesnego kapitalizmu. Po mozolnym uzupełnieniu wiedzy na temat firm prowadzonych przez EM, postanowiłem podzielić się z Internetami moimi przemyśleniami.

O czym my w ogóle rozmawiamy?

Duża część kontrowersji wokół Muska wynika z różnych płaszczyzn oceny jego osoby, co z kolei ma swoje źródło w istotnie wielokierunkowej (nad)aktywności EM. Postać ta wymyka się łatwej klasyfikacji – jest on oczywiście inżynierem, inwestorem, przedsiębiorcą. Maluje nam się równocześnie obraz wizjonera, wierzącego w międzyplanetarną ekspansję ludzkości i zieloną energię, zarażającego swoimi ideami oraz ich praktycznym wykorzystaniem miliony, jeśli nie miliardy ludzi.

Wszystko to prawda, nie zamierzam się z tym kłócić, a nawet przyznam się do pewnej fascynacji jego osobą (lecz takiej, jak fascynuje mnie Joker z Batmana). Porzućmy jednak na chwilę medialny fetysz (nawet na Wall Street mówi się ponoć o „efekcie Muska”) i skupmy się na esencji aktywności naszego bohatera.

Musk jest w pierwszej kolejności przedsiębiorcą – właścicielem i menadżerem kilku firm, których działalność jest nastawiona na zysk. Są to bardzo innowacyjne firmy, wdrażające na rynek unikatowe, nieraz przełomowe produkty, co czyni z Muska uosobienie schumpeteriańskiego innowatora.

Odróżnijmy jednak wyraźnie tę rolę społeczną od „wynalazcy”, „wizjonera”, czy szerzej „wybawcy ludzkości”. Po pierwsze, produkty firm Muska są w dużej mierze oparte na dopracowaniu już istniejących technologii, rozwijanych od lat przez zespoły naukowców. Czy bez Muska nie zostałyby one „wynalezione”? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. SpaceX faktycznie zrewolucjonizował przemysł kosmiczny, znacznie obniżając koszty produkcji rakiet. Ale już Tesla to nie jedyna firma produkująca elektryczne samochody, światowym liderem w tej kategorii jest chiński BYD. To co wyróżnia Teslę, to m.in. design i osiągi silnika – obie cechy mocno związane z pozycjonowaniem firmy w segmencie samochodów luksusowych. Podobnie, podstawową przewagą konkurencyjną SolarCity było wykorzystanie instrumentów finansowych w handlu panelami fotowoltaicznymi, czyli dość standardowym obecnie produktem  (na marginesie: portfolio firm Muska jest znacznie szersze, obejmuje m.in. Hyperloop, Boring Company, Neuralink czy projekt OpenAI).

Z drugiej strony, idee zielonej rewolucji, podróży kosmicznych i sztucznej inteligencji były rozwijane przez dekady przez liczne myślicielki – nieraz nie otrzymujące za to złamanego grosza, albo wręcz będące prześladowane przez rządy i koncerny naftowe. Porzućmy również sprzedawane przez EM bajki, że celem jego działalności jest np. zmiana energetyczna (jakby nie było silniki SpaceX wykorzystują metan i inne węglowodory), albo etyczne, niekomercyjne rozwinięcie sztucznej inteligencji (Tesla i Neuralink bazują na tej technologii). Zatem nawet jeśli aktywność biznesowa Muska przyczynia się do propagowania pewnych idei, jest to jedynie jej efekt uboczny. Kluczowe jest również, jak idee EM wypadają w praktyce – do czego wrócimy w dalszych punktach.

Pasożytuj albo giń!

Ok, Musk jest w stanie skutecznie wdrażać różne pomysły w życie, gdyż jest bardzo sprawnym przedsiębiorcą – w szczególności udaje mu się tworzyć organizacje, których saldo przepływów pieniężnych jest dodatnie (w odróżnieniu od rachunku zysków i strat). Właściwość ta jest absolutnie kluczowa dla ekonomicznej oceny Tesli, SpaceX czy SolarCity. Jeżeli bowiem popatrzymy na bilans cash-flow tych firm, to są one niemal nieustannie finansowane dopływem pieniędzy z zewnątrz. Innymi słowy, ich działalność operacyjna przynosi rokrocznie straty, które muszą być pokrywane: poszukiwaniem nowych inwestorów, subsydiami rządowymi, a w ostateczności majątkiem samego Muska. Dodajmy do tego ulgi podatkowe, preferencyjnie oprocentowane kredyty rządowe, czy wyjątkowo spekulacyjny charakter kapitału akcyjnego w ostatnich latach, a otrzymamy obraz firm zależnych od zasysania wartości z systemu gospodarczego.

Zamiast „zależnych” można wręcz powiedzieć „ukierunkowanych na…”. Na Wikipedii możemy przeczytać np.:

A recent report from the Sunlight Foundation (a nonpartisan group that tracks government spending), found that „SpaceX has spent over US$4 million on lobbying Congress since it was established in 2002 and doled out more than US$800,000 in political contributions” to Democrats and Republicans. The same report noted that „SpaceX’s campaign to win political support has been systematic and sophisticated”, and that „unlike most tech-startups, SpaceX has maintained a significant lobbying presence in Washington almost since day 1.” The report further noted that „Musk himself has donated roughly US$725,000 to various campaigns since 2002.

Muskowi trzeba oddać, że nie wszedł w produkcję T-shirtów z Justinem Bieberem, albo w sieci sprzedaży książek opartej na niewolniczej pracy. Gość ma rozmach, dąży do celów, które pewnie wielu przedsiębiorcom śnią się po nocach, ale po wybudzeniu porzucane są jako zupełnie nierealistyczne. Wchodzi w branże bardzo ryzykowne, gdzie konserwatywni, zasiedzieli monopoliści od lat odcinają kupony od sprzedaży coraz większych samolotów albo coraz cięższych samochodów z wadliwym filtrem, ewentualnie prądu z węglowodorów. Konkurowanie z nimi, zarówno ceną jak i jakością, jest niesamowicie trudne bez osiągnięcia bardzo dużej skali produkcji i odpowiedniego doświadczenia. Jako nowy gracz na rynku musi dysponować pewnymi rzadkimi przewagami.

Z jednej strony EM posiada genialny umysł i determinację. Ale to na długo nie wystarczy – stąd szukanie zewnętrznych źródeł wartości. Strategia jest genialna w swej prostocie: dysponując dodatkowym finansowaniem, nie liczysz się za bardzo z kosztami; starasz się po prostu zalać rynek swoimi produktami i zdobyć na nim pozycję monopolistyczną. Wtedy przyjdzie czas na odcinanie kuponów (tak zresztą działa np. Uber).

W kapitalizmie monopolistycznym nie ma miejsca dla średniaków, żeby funkcjonować musisz sam zostać monopolistą. A żeby to osiągnąć, musisz połączyć genialny pomysł z pasożytnictwem. Musisz iść wbrew utartym praktykom jako innowator, ale grać według zasad systemu jako kapitalista. Musk jest wybitny w obu wymiarach, stąd jest w stanie osiągnąć sukces.

High-tech bez wyzysku się nie obędzie

Tesla jest również świetnym przykładem, nazwijmy to, „trudnych relacji” przemysłu high-tech z pracownikami. Z jednej strony, współcześni kapitanowie biznesu najchętniej w ogóle wyzwoliliby się od wpływu pracy – z jej nieprzewidywalnością i ryzykiem zorganizowanego oporu. Jednym z najnowszych celów Muska jest ponoć budowa w pełni automatyzowanej fabryki samochodów.

Z drugiej strony, dopóki taki przedsiębiorca musi zatrudniać dość uciążliwych w obsłudze pracowników fizycznych, nie pominie okazji do wyciśnięcia z nich wartości ekonomicznej. Technologia, a wraz z nią obietnica przyszłych zysków dla spekulantów, w końcu sama się nie zrobi. Przywołajmy wypowiedzi samego Muska z artykułu w Guardianie:

– W odpowiedzi na liczne zasłabnięcia i urazy pracowników fizycznych w fabryce Tesli, uzasadnia w dość pokrętny sposób, odwołując się do konieczności… ratowania miejsc pracy, oszczędzanie na BHP:

This is not some situation where, for example, we are just greedy capitalists who decided to skimp on safety in order to have more profits and dividends and that kind of thing. It’s just a question of how much money we lose. And how do we survive? How do we not die and have everyone lose their jobs?

– I dalej, wymagając od swoich pracowników nieludzkiego fizycznego poświęcenia, w imię własnych idei:

In early 2016, he said, he slept on the factory floor in a sleeping bag “to make it the most painful thing possible”. “I knew people were having a hard time, working long hours, and on hard jobs. I wanted to work harder than they did, to put even more hours in,” he said. “Because that’s what I think a manager should do. (…) We’re doing this because we believe in a sustainable energy future, trying to accelerate the advent of clean transport and clean energy production, not because we think this is a way to get rich.”

Jestem nawet w stanie mu uwierzyć. Problem w tym, że Tesla to nie spółdzielnia prowadzona przez tysiące hobbystów-entuzjastów zielonej energii, ale najzwyklejsze przedsiębiorstwo – z akcjonariuszami, menedżerami i pracownikami różnych poziomów. Sam Musk przy sukcesie Tesli zostanie najbogatszym CEO świata, zaś przy porażce – nadal nieziemsko bogatym człowiekiem. Jego pracownicy natomiast codziennie martwią się o to jak związać koniec z końcem. Oddają to świetnie kolejne wypowiedzi: marzeniem Muska jest umrzeć na Marsie; marzenie jednego z cytowanych pracowników jest mieć sprawne ręce na emeryturze, po latach pracy w fabryce Tesli. Niedogodne warunki pracy mają być wynagradzane robotnikom możliwością udziału w przyszłych zyskach – za sprawą posiadania akcji spółki. Może i to dobry pomysł na motywowanie personelu, ale znowu znajmy proporcje. Szeregowy pracownik fabryki posiada opcję na np. 2,5 tysiąca akcji Tesli, podczas gdy Elon Musk ma około 33 milionów akcji (przy czym obaj mają pracować ponad 40 godzin tygodniowo).

Bez taryfy ulgowej

Wszystko powyższe nie jest w żaden sposób odkrywcze dla obserwatora kapitalizmu, więc spytacie: po co tak mącić? No więc właśnie po to, żeby przypomnieć, że mamy do czynienia z kapitalistą, a nie z liderem „ruchu społecznego na rzecz naprawy świata”. Tak, podziwiajmy Muska za rozmach i zmysł biznesowy. Ale nie kończmy analizy jego firm na samych zasługach. Spytajmy, dzięki czemu mogą one funkcjonować, skąd biorą zasoby ekonomiczne i jak wynagradzają ich właścicieli, jak oddziałują na społeczeństwo, środowisko naturalne i państwo. Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z aktorem ekonomicznym i politycznym – i tak go konsekwentnie traktujmy. (Fitzcarraldo również dopiął swego, przetoczył 340-tonowy statek przez górę – ale, kto oglądał film Herzoga, ten wie jak to się odbyło).

I żeby dać kilka przykładów:

  1. 9761813045_8da6ab1d53_oEM stanowi jakby nie było przykład narracji o geniuszu, samotnie tworzącego wartość. Oddajmy zasługi Muskowi, jako liderowi organizacji, ale pamiętajmy o wszystkich innych źródłach wartości – w samych firmach EM oraz na zewnątrz. I zadajmy kluczowe pytania dotyczące jej podziału: kto i ile zarabia? W jakim stopniu podatnicy są w stanie partycypować w przyszłych zyskach firm, do których dołożyli nawet nie cegiełkę, ale całe fundamenty?
  2. EM promuje model działalności gospodarczej, który jest nie do utrzymania, gdyby wszyscy mieli go stosować – państwo nie jest w stanie finansować badań całemu sektorowi przedsiębiorstw, kapitał spekulacyjny jest zbyt zależny od fazy cyklu finansowego, zaś przedsiębiorstwa muszą generować miejsca pracy i wynagrodzenia, aby ktoś w ogóle kupował ich produkty. Innymi słowy, choć Musk umacnia model neoliberalizmu – jednocześnie podważa jego podstawy.
  3. EM jakby nie było dąży do pozycji monopolistycznej – a więc pomyślmy zawczasu o przyszłości jego spółek: czy jak już rozszerzy skalę i zostanie głównym graczem rynku energii/ samochodów/ przestrzeni kosmicznej/ Internetu/ AI… to czy nadal będzie taką super-milusią, zakręconą firmą? Czy może jednak będzie ustalać ceny monopolistyczne, obniżać płace, przekazywać zyski na cele spekulacyjne? Czy naprawdę chcemy oddać prywatnym firmom na własność eksplorację przestrzeni kosmicznej i tworzenie fuzji człowieka z komputerem (jak w Neuralink)? Jak regulować te zupełnie nowe branże? Innymi słowy: idee ideami – ale patrzmy na ręce. (Swoją drogą, entuzjastom Muska polecam na otrzeźwienie lekturę „#PoliticalBeliefs„).

System czy jednostka?

Na koniec wróćmy do tytułowego pytania – czy to wina (zasługa?) Muska, że świat zmierza w tym kierunku, a nie innym? Czy Muskowi możemy oddać podmiotowość w zakresie kreowania wartości (a jeśli tak – to również w zakresie jej przechwytywania i podziału)? A może jest on jedynie pionkiem w większej grze, w której jego miejsce mogą zająć dowolni inni kapitaliści, lepsi bądź gorsi – ale nie zmieniającym głównego kierunku dynamiki? Lub ogólniej: jak myślimy o kapitalizmie? Czy jest to system narzucający struktury i bezwzględne prawa akumulacji, promujący określone postawy? Czy może jednak wynik działania świadomych i odpowiedzialnych jednostek? Czy jako krytycy kapitalizmu mamy się skupiać na krytyce jednostek, przyjmując kryteria etyczne, lub nawet estetyczne? Czy raczej dyskutować o zasadach organizacji systemu?

Wydaje się, że trzeba mocno rozróżnić dwa cele – ideowy i poznawczy. W walce ideologicznej wszystkie chwyty dozwolone (zwłaszcza, że przeciwnik nie przebiera w środkach), zaś personifikacja konfliktów to użyteczne narzędzie praktyków rewolucji. Skoro działalność EM i jego towarzyszy z Doliny Krzemowej jest ultra-polityczna, to również lewica ma prawo uderzać ich poniżej pasa. Musi jednak proponować również alternatywne utopie – oparte nie na genialnych jednostkach i podziale wg zasady winner takes all, ale na demokratycznej produkcji i konsumpcji (w których być może i geniusz Muska mógłby zostać społecznie spożytkowany).

Dla mnie jako analityka rzeczywistości, relatywnie chłodnego, interesujące są jednak głównie zasady organizacji systemu, które pozostawiają względnie mało marginesu na niestandardowe działania. Innymi słowy, gdyby Musk wyróżniał się wśród konkurencji krystalicznie czystą etyką w podejściu do pracowników, to pewnie byśmy o jego firmach nawet nie usłyszeli. I żeby nie odkrywać na nowo Ameryki, przywołam na koniec fragment K. Marksa (z wprowadzenia do „Kapitału”):

Jeszcze słowo dla uniknięcia możliwych nieporozumień. Bynajmniej nie w różowym świetle maluję postaci kapitalisty i właściciela ziemskiego. Ale o osoby idzie tu o tyle tylko, o ile są wcieleniami kategorii ekonomicznych, przedstawicielami określonych stosunków i interesów klasowych. Mój punkt widzenia polega na tym, że rozpatruję rozwój ekonomicznej formacji społeczeństwa jako proces przyrodniczy; dlatego z mego punktu widzenia mniej niż z jakiegokolwiek innego można obarczać jednostkę odpowiedzialnością za stosunki, których sama, społecznie biorąc, pozostaje wytworem, choćby je subiektywnie przerastała.

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wina Muska?

  1. Pingback: PE-P bierze się za obronę UBI (i ponosi auto-porażkę) (odc. 1/2) |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s