Chleba i róż dla wszystkich

Szkic do tego tekstu powstał jeszcze w sierpniu, po pewnym spotkaniu, które opiszę za chwilę. Ale odświeżyłem go dopiero po inspiracji, która wczoraj przyszła do mnie z dwóch stron.

Od Los Angeles do Andrychowa

Po pierwsze, wolny wieczór poświęciłem na obejrzenie filmu Kena Loacha zatytułowanego właśnie „Chleba i róż”, który przedstawia losy boju stoczonego przez sprzątaczki i sprzątaczy pracujących w biurowcach w Los Angeles. Zatrudniani są oni przez zewnętrzne firmy, które rywalizując o kontrakty u właścicieli nieruchomości konkurują poprzez zbijanie swojego głównego źródła kosztów – czyli wynagrodzeń i innych świadczeń pracowniczych. Loach pokazuje, w jaki sposób związek zawodowy „Justice for Janitors” uzyskuje poparcie wśród dotąd niezrzeszonych pracowników, by następnie stopniowo poprawiać warunki ich pracy (chleb) i odzyskiwać godność (róże). Jest to przede wszystkim świetna ilustracja korzyści z solidarności ludzi pracy, ale i trudności w jej budowaniu.

janitorsunion_rtr_img

Dla mnie jednak film był o tyle ciekawy, że oddawał idealnie sytuację przedstawicieli zawodów „pomocniczych” (zajmujących się sprzątaniem, ochroną budynków, cateringiem itp.) w Polsce AD 2016. Informacji na ten temat dostarczają badania prowadzone przez Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, a opisane szczegółowo przez Katarzynę Dudę w wywiadzie z Krzysztofem Wołodźko dla „Nowego Obywatela”. W skrócie: instytucje publiczne w Polsce, poszukując oszczędności w warunkach presji budżetowej, tną na najmniej istotnych z ich punktu widzenia pracownikach – sprzątaczkach, czy ochroniarzach. Outsourcują ich pracę do wyspecjalizowanych firm, które rywalizując w przetargach na zamówienia publiczne głównie ceną, na różne sposoby pogarszają sytuację swoich pracowników. Duda pokazuje, że są to racjonalne działania przedsiębiorców w odpowiedzi na określone regulacje – te ostatnie skłaniają jednoznacznie do wyzysku.

Katalog narzędzi wyzysku jest bardzo szeroki – o tym doczytacie sobie w NO – a ponadto dość elastyczny względem prób uregulowania tego rynku. O tym dowiedziałem się z kolei będąc w sierpniu w Andrychowie. Spotkałem wtedy panią, która od lat sprząta w budynkach użyteczności publicznej, będąc zatrudnioną przez zewnętrzne firmy. Firmy zmieniają się regularnie po kolejnych przetargach, przejmując od siebie pracowników (co pokazuje, że nie są one w żaden sposób związane z lokalną społecznością, nie ponoszą również żadnych inwestycji!). Pracownicy, zatrudnieni oczywiście za minimalną stawkę, mają zazwyczaj orzeczenie o niepełnosprawności. Zatem choć nie powinni wykonywać pracy fizycznej, są do tego zmuszeni przez fatalne warunki finansowe. Na ich zatrudnienie (oraz na zyski firm prywatnych) idą środki z PFRON-u. Instytucje państwowe w ostatnich latach zaczęły wymagać od usługodawców zatrudniania na umowach o pracę. Ogranicza to możliwości wyzysku tylko w teorii. Wspomniana pani jeszcze jakiś czas temu sprzątała budynek na pełen etat. Od września te same zadania musi wykonać w 5/8 wymiaru czasu pracy. Firma-wykonawca, jeden z liderów rynku, chwali się na swojej stronie internetowej, że w innowacyjny sposób wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów. Zaiste…

Rynek pracy – wolny czy regulowany?

Mechanizmy wyzysku najbardziej wrażliwychkpolanyi_art_0 pracowników w ramach realizacji zamówień publicznych to świetny przykład tego, jak polska gospodarka kopiuje z zagranicy tylko wybrane innowacje organizacyjne, zbliżając się stopniowo do archetypicznego, dickensowskiego „wolnego rynku”. Jest to również okazja do refleksji nad tym, jak to z tym wolnym rynkiem jest. W tym miejscu pojawia się druga inspiracja do tekstu – myśl ekonomiczna i społeczna Karla Polanyi’ego, autora m.in. „Wielkiej Transformacji”.

Podnosząc w dyskusjach ekonomicznych postulat pro-pracowniczych regulacji rynku, napotykam zazwyczaj kontr-tezy 3 rodzajów:

  1. Argumentum ad libertatem: „przecież regulacje rynku pracy godzą w wolność umów; jeżeli ktoś chce pracować za niską stawkę, powinno mu się na to zezwolić”;
  2. Argumentum ad pietruszka: „czym się różni praca od pietruszki? To przecież też dobro, a rynku pietruszki nie regulujemy.” (serio, usłyszałem to kiedyś z ust gościa z Centrum Adama Smitha. Na szczęście mówił przez radio, bo chyba skończyłoby się na rękoczynach);
  3. Argumentum ad moja firma: „przecież jeżeli podniesie się płacę minimalną, moja firma upadnie i nikt nie będzie miał pracy”.

Spróbuję się do nich krótko odnieść. Za punkt wyjścia postawmy sobie proste przemyślenie: gospodarowanie jest jednym z obszarów aktywności społecznej. Obywatele – członkowie społeczeństwa, spotykają się w sferze rynkowej w celu zaspokojenia swoich potrzeb materialnych. Podział pracy określa, jakie funkcje społeczne pełnią poszczególni obywatele, realizując cele materialne. Cześć z nich pełni funkcje nauczycieli, część przedsiębiorców, część sprzątaczek i ochroniarzy. To, w jaki sposób są oni wynagradzani za swoją pracę jest wynikiem instytucji w danym kraju, regulujących „rynek pracy”

Karl Polanyi, który był przede wszystkim historykiem gospodarczym, pokazał na przykładzie XIX-wiecznej Anglii, że stwierdzenie „wolny rynek pracy” jest oksymoronem. Aby praca mogła mieć charakter najemny, państwo brytyjskie (a w następnym dekadach kolejne kraje) musiało wprowadzić szereg regulacji. Pierwszym krokiem było ograniczenie możliwości posiadania ziemi przez obywateli, a następnie zaczęto karać za włóczęgostwo czy żebractwo. Biedni brytyjscy chłopi zostali najzwyczajniej w świecie zmuszeni przez opresyjne prawo do migracji do miast i pracy na rzecz wczesnych kapitalistów. Bez tego prawa nadal żyliby na wsi i utrzymywali się z uprawy roli.

Współczesne rynki pracy funkcjonują wg podobnej logiki. O ich wolności możemy mówić w odniesieniu do przedsiębiorców, ale już pracownicy są zmuszeni do poszukiwania pracy w ramach zapewniania środków do życia dla siebie i swojej rodziny. Ktoś powie – to przecież naturalne, bez pracy nie ma kołaczy. I tak i nie. Spytajmy bowiem, dlaczego każdy nowo narodzony obywatel Polski nie może partycypować w równym stopniu bogactwie wytworzonym przez wcześniejsze pokolenia? Dlaczego nie ma równego dostępu do wiedzy i technologii, do surowców, czy wreszcie do ziemi uprawnej? Ano, za sprawą określonych regulacji nieruchomości i praw własności intelektualnej.

Podsumowując ten wątek – jeżeli państwo wprowadza szereg praw, które ograniczają możliwości utrzymania się przez swoich obywateli oraz zmuszają ich do poszukiwania pracy na rynku, to jednocześnie nie ma żadnego powodu, aby nie gwarantowało jednocześnie pewnych podstawowych praw, tym którzy wykonują pracę. Wręcz przeciwnie, takie gwarancje powinny być elementarnym mechanizmem spójności i solidarności społecznej.

Przyjrzyjmy się analogii do pietruszki, już na pierwszy rzut oka absurdalnej (w ogóle… mając na uwadze godność człowieka, takie argumenty nie powinny padać). Po pierwsze, typowe rynkowe transakcje dobrami i usługami są z natury dobrowolne, nie stoi za nimi żaden przymus, bo którejkolwiek ze stron. Pietruszka nie musi wyżywić rodziny. Pracownik musi. Jeśli ktoś w Polsce decyduje się zatem poświęcać 40 godz. tygodniowo, aby pełnić funkcję ochroniarza czy sprzątacza, to moim zdaniem ma być w stanie przynajmniej wyżywić swoją rodzinę. Po drugie, autor tego argumentu skończył edukację ekonomiczną na dwóch ćwiczeniach z mikroekonomii, a do kursu z makroekonomii na II semestrze na pewno nie dociągnął. Dowiedziałby się wtedy, że dochód pracownika stanowi (w odróżnieniu od zysków, które podlegają akumulacji) podstawowy składnik konsumpcji. Podwyżki płac przekładają się zatem na wzrost popytu i tempo wzrostu gospodarczego (oczywiście do pewnego momentu, ale polskiej gospodarce jeszcze do niego daleko).

I tu płynnie przechodzimy do argumentu trzeciego – regulacja rynku pracy ma rzekomo obniżać konkurencyjność przedsiębiorstw (najczęstszy argument drobnych przedsiębiorców, którzy mają trudności ze zmianą perspektywy na całą gospodarkę). Abstrahujmy na moment od tego, że konkurencyjność przedsiębiorstw nie jest jedynym kryterium oceny wyborów politycznych. Otóż, wprowadzenie dajmy na to wyższej płacy minimalnej, właśnie za sprawą mechanizmów rynkowych (tak, one faktycznie się przydają!), ma szereg efektów wykraczających poza początkowe podwyższenie kosztów płac w firmach:

  • płace podnoszą również inne przedsiębiorstwa, więc na konkurencji cierpią jedynie te, które najbardziej oszczędzały na pracownikach. Te najmniej efektywne mogą faktycznie wypaść z rynku – ale z korzyścią dla tych lepiej zarządzanych;
  • przedsiębiorstwa mogą zareagować na szereg sposobów: zmienić podział wartości dodanej (rozkład płac w firmie, wielkość zysków), zainwestować w mniej pracochłonne technologie, poprawić organizację pracy itp.
  • w gospodarce rośnie popyt, zatem wiele branż może zwiększyć sprzedaż;
  • niektóre branże będą musiały podnieść ceny (np. firmy sprzątające, ale także hodowcy jabłek i truskawek), co zmieni rozkład wytwarzanej wartości w społeczeństwie;
  • rosną wpływy podatkowe (a maleją wypłaty zasiłków), więc państwo może zwiększać np. na wydatki rozwojowe.

Można by tę listę wydłużać. Brak konfliktu między uregulowaniem rynku pracy, a zatrudnieniem jest zresztą solidnie udokumentowany empirycznie. W przypadku Polski idę o zakład, że mocne regulacje propracownicze wręcz pomogłyby naszej konkurencyjności. Skończyłoby się tworzenie modeli biznesowych w oparciu o założenia bliskie wyzyskowi. Skończyłoby się łatanie dziur w personelu (jak to? Po 500+ nikt już za 4zł nie wyzbiera mi truskawek?) zatrudnianiem na szaro imigrantów z Ukrainy. Nagle trzeba by tworzyć długookresowe strategie, poszukiwać innowacji, współpracy z nauką, czy zewnętrznych źródeł finansowania. W dłuższym okresie, zrównoważenie sił w układzie przedsiębiorcy-pracownicy miałoby szersze korzyści społeczne.

Nie zwalajmy wszystkiego na rynek

Podsumowując: to, że w Polsce sytuacja pracowników wygląda tak, jak wygląda, nie jest wynikiem działania jakiegoś magicznego mechanizmu rynkowego. Za tym stoją konkretne decyzje instytucjonalne, konkretne wybory społeczne – do których w racjonalny sposób dostosowują się przedsiębiorcy. To, że w Polsce osoby pełniące funkcje społeczne sprzątaczy i ochroniarzy, nie są w stanie związać końca z końcem, nie wynika jedynie z niskiej wyceny rynkowej ich pracy. Poprzez konkretne wybory polityczne sami stworzyliśmy sobie anty-godnościową gospodarkę, w której rywalizacja z innymi pracownikami o środki do przetrwania stała się codziennością wielu obywateli. Dochód narodowy na mieszkańca w Polsce wzrósł od początku transformacji około 2,5-krotnie. Wstyd, że mimo tego wielu Polakom nadal brakuje chleba i róż.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s