Komentarz do dyskusji o 500+ na jednym wykresie

Pod koniec poniedziałkowej dyskusji w Ogniwie poświęconej programowi 500+ padło trochę mocnych słów na temat współczesnej młodzieży – która jest rozpuszczona, roszczeniowa i, w odróżnieniu od pokolenia ich rodziców, nie chce mieć dzieci. Albo inaczej – potrzebuje najpierw mieć własne mieszkanie, pracę, wsparcie finansowe od państwa i dopiero wtedy decyduje się łaskawie na posiadanie dzieci. Po namyśle doszedłem do wniosku, że ich autor w swój przewrotny sposób miał rację.

Poniższy wykres przedstawia zmiany współczynnika płodności (liczba urodzeń dzieci w przeliczeniu na 1 kobietę w wieku rozrodczym) w Polsce i innych krajach byłego Bloku Wschodniego. Współcześnie płodność jest faktycznie niska – między 1,3 (Polska) a 1,5-1,8 (Białoruś, Rosja, Gruzja) w porównaniu do lat 80-tych, kiedy przyszedłem na świat ja i moi rówieśnicy. Ale jeszcze więcej dzieci (w Polsce aż 3 na jedną kobietę) przychodziło na świat w latach 60-tych.

wsp_plod

Gdyby zastosować konsekwentnie proponowaną logikę okazałoby się, że kolejne pokolenia są coraz bardziej roszczeniowe i rozpuszczone. W końcu rówieśnicy argumentującego Pana, na oko pięćdziesięciokilkuletniego, mieli średnio o 1/3 mniej dzieci niż ich rodzice – i to pomimo znacznej poprawy jakości życia w międzyczasie. Absurdalność tego rozumowania mam nadzieję, że jest widoczna.

Sedno sprawy tkwi w tym, że w ciągu ostatnich 50 lat w Europie Wschodniej zmienił się nie tylko PKB, ale cały układ społeczno-gospodarczy. W związku z tym wszelkie porównania poszczególnych dekad ograniczające się do pojedynczych zmiennych nie mają większego sensu (a jeśli już trzymać się wyjaśnień czysto ekonomicznych, to raczej możnaby postawić tezę, że bogacenie się zwiększa „dochodowość dzieci” oraz ich „koszt alternatywny” – a przez to daje bodźce do obniżania płodności). Decyzje dot. posiadania dzieci nie są jednak podejmowane w próżni, lecz w obliczu szeregu faktów społecznych, takich jak dominujące obyczaje, mody, regulacje, czy towarzyszące organizacje społeczne.

Teorii tłumaczących te przemiany jest mnóstwo, ja ostatnio czytam Alvina Toflera, więc odwołam się krótko do jego koncepcji fal cywilizacyjnych. Polska lat 60-tych to pozostałości pierwszej fali – społeczeństwa agrarnego, opartego na tradycyjnej, wielopokoleniowej rodzinie i wspólnotach lokalnych, niskim stopniu urynkowienia życia. Sfera gospodarcza opierała się na wspólnym wytwarzaniu dóbr, a role społeczne kobiet (oraz wielu mężczyzn) były ograniczone do tych „domowych”. Wszystko to sprzyjało posiadaniu dużej liczby dzieci – ich wychowanie nie stanowiło dla rodzin problemu, a wraz z dorastaniem stawały się one ważnym zasobem w gospodarstwach. Dzieci nie wymagały dużych inwestycji, gdyż mobilność społeczna praktycznie nie występowała. (żeby było jasne: nie oceniam tych zjawisk, tylko opisuję)

Socjalizm przyniósł Blokowi Wschodniemu szybkie przejście do drugiej fali – społeczeństw przemysłowych. Cechowały się one wysokim stopniem organizacji – państwo i rynek tworzyły struktury, w których żyła w ujednolicony sposób duża część społeczeństw. Do tych struktur należały: miasta (z dostępnym publicznym mieszkalnictwem), duże zakłady przemysłowe (stabilizujące sytuację gospodarczą oraz organizujące czas wolny pracowników) i instytucje państwowe (w tym powszechne kształcenie, opieka nad dziećmi i służba zdrowia). Struktury te przewidywały jasne role dla mężczyzn (w pracy) i większości kobiet (nadal w domu), natomiast typowym, pożądanym modelem gospodarstwa domowego była rodzina nuklearna (rodzice i dwójka dzieci). Instytucje państwa określały również w dużym stopniu kanały mobilności społecznej, a zatem także realizacji aspiracji jednostek.

Lata 90. i 2000. to nie tylko transformacja do kapitalizmu, ale i przechodzenie do trzeciej fali cywilizacyjnej. Polega ona na rozmontowaniu tradycyjnych struktur organizujących życie społeczne i na indywidualizacji stylów życia. Praca odbywa się coraz częściej w oderwaniu od konkretnych zakładów, a mobilność zawodowa i częsta zmiana pracy jest wręcz oczekiwana przez społeczeństwo. Tradycja, religia, państwo w coraz mniejszym stopniu wpływają na decyzje życiowe. Ważnym przejawem tych zmian jest emancypacja kobiet i obalenie dotychczasowych, tradycyjnych ról społecznych – co oczywiście przekłada się na brak jednolitych modeli rodziny (dzięki Iza Palińska za zwrócenie na to uwagę pod koniec dyskusji). W Polsce te zmiany przebiegają o wiele szybciej niż na Zachodzie, gdyż nakłada się na nie m.in. uwolniony konsumpcjonizm oraz łatwiejszy dostęp do antykoncepcji.

Zmierzając do sedna – aspiracje współczesnych młodych ludzi w kategoriach absolutnych są zapewne faktycznie wyższe niż ich rodziców w latach 80. Jest to jednak pochodna ich otoczenia kulturowego i ekonomicznego, które jednocześnie oczekuje wyjątkowości, czy wyróżniania się oraz wywiera presję na awans zawodowy, edukacyjny i społeczny. Posiadanie dzieci w takich warunkach jawi się wyjątkowo kosztownie. Nie ma już wielopokoleniowych rodzin, czy dużych zakładów pracy, które dostarczały solidarności i stabilności. Jednocześnie w Polsce uderza słabość instytucji państwowych, które gwarantowałyby matkom elementarne bezpieczeństwo i umożliwiały jednoczesną realizację własnych aspiracji i godne wychowanie dzieci. Jesteśmy zbiorem jednostek, a nie wspólnotą, a – jak sugerowała dr Zachorowska-Mazurkiewicz – to nie jednostki decydują się na posiadanie dzieci.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s